Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szpital. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szpital. Pokaż wszystkie posty

sobota, 3 maja 2014

Zmiana planów

Mam przygotowany dla Was post  o wielorazówkach. Miałam go wczoraj dokończyć i wrzucić dla Was na bloga (wczoraj był piątek przecież). Niestety jak to z planami bywa, trzeba było je zmienić.
Otóż wczoraj zamiast kończyć mój post spędzałam czas na izbie przyjęć nowosolskiego szpitala. Znowu. Tym razem mniejsza M wymiotuje. Znów atrakcje. Tym bardziej, że w czwartek zjadła wnętrze pluszowej zabawki (wyskubała część wypełnienia przez dziurkę). Nie wiemy ile tego zjadła, ale w tym co z niej później wyszło znaleźliśmy kawałek (więc chociaż kawałek musiała połknąć). Nie wiadomo czy był to jedyny kawałek więc nie dawało mi to spokoju.
Wczoraj po południu starsza M miała pokaz tańca nowoczesnego. Od września się uczy pilnie i wytrwale więc nie mogło nas tam zabraknąć. Super sprawa, ale po kolei. Mniejsza M gorączkowała więc ja oczyma wyobraźni mojej bujnej widziałam, że gdzieś kawałek tego misiowego wypełnienia zapycha jej jelita i stąd te wymioty ciągłe. Właściwie zwracała wszystko co zjadła. Wystarczyło, żebym się nieźle martwiła. postanowiłam, że na tą godzinę od dawna wyczekiwanego pokazu pojedziemy, a zaraz po nim na pogotowie. Kiedy odwoziłam większą M na pokaz cały czas myślami byłam z mniejszą, martwiąc się o nią okropnie. Dodatkowo większa M nadawała mi z tyłu (ona to potrafi w aucie gadać bez przerwy) jakie tańce będą prezentowane po kolei i które mam nagrywać. No i tak jakoś wyszło, że zapomniałam skręcić na salę Nowosolskiego Domu Kultury gdzie odbywał się pokaz i pojechałam prosto. A tam niestety ograniczenie do 40km/h a ja na liczniku z tego wszystkiego prawie 60. No i pstryk! Jeszcze mi na domiar złego mandacik do domu przyleci. Jakby zmartwień było mało.
Pokaz tańca to było całe przedstawienie, muzyka, światła, taniec. Dzieci w odpowiednio dobranych, równych strojach. Mnóstwo elementów dekoracji, które tworzyły niesamowitą całość. Wszystkim zgromadzonym bardzo się podobało. Mi również, choć momentami odpływałam myślami do mniejszej M.
Po powrocie zabraliśmy małą do lekarza (na Nocnej i Świątecznej siedział lekarz, który był opiekunem mojej sali kiedy leżałam z mniejszą M na położnictwie przed porodem - w trakcie specjalizacji z ginekologii i położnictwa). Zgodnie z przewidywaniami dał skierowanie na oddział dziecięcy, celem konsultacji. Cóż taki niemal ginekolog może wiedzieć o malutkich brzuszkach.
Na oddziale dziecięcym znów spotkaliśmy doktor Maślicką. to ta sama lekarka do do której trafiliśmy w grudniu, kiedy byliśmy pierwszy raz na pogotowiu z ropniem węzła. Wtedy jeszcze podejrzeniem zapalenia ślinianki. Bardzo miła i rzeczowa pani. Pamiętała nas. W końcu byłyśmy mało standardowym przypadkiem. Stwierdziła, że bardzo nietypowo sobie choroby wybiera to nasze dziecko. Uspokoiła nas jednak, że nic złego się nie dzieje. Jakby przewidywała, że podejrzewam, że ten kłębek zapchał małą, bo powiedziała, że nie może to być niedrożność bo gorączka byłaby dużo wyższa (jeśli już w ogóle się pojawiła) i świadczyła by już o perforacji, a wtedy dziecko by się tak nie zachowywało i brzuszek na pewno nie byłby miękki. Ulżyło mi bo gdyby nawet było podejrzenie niedrożności to jak nic znowu w zielonej górze byśmy wylądowały. I znów mama zniknęłaby większej M, a z mniejszą znów ten sam koszmar hospitalizacji. Na szczęście o niczym takim mowy nie ma. Co do kłębka to Pani stwierdziła, że wyjdzie sobie (jeśli wo ogóle jeszcze jakiś jest) jak wszystko co zjadają dzieci. A jest tego sporo i są to rzeczy najróżniejsze. Jedyne co wymaga hospitalizacji to baterie bo te się wylewają i perforują ścianę żołądka lub jelita.
Natomiast jeśli chodzi o brzuszek M to jest to raczej nieżyt. Może jakiś wirus, albo co innego... Któż to wie. Ważne jest żeby piła, a reszta jakoś będzie. No i z tym piciem to jest problem, bo M nigdy dużo nie piła, a teraz kiedy zapewne ciągle ją mdli nie chce pić wcale. I znów lekarka (tak jak w grudniu) stwierdziła, że decyzja należy do nas. Możemy zostać na oddziale i nawodnić się kroplówką lub wracać do domu i walczyć wszystkimi możliwymi metodami. Jak myślicie co wybraliśmy?... No przecież, że dom. Na szczęście od wczoraj M pije dużo lepiej. Nawet płyn z elektrolitami pije chętnie także jesteśmy pełni nadziei.
Tak oto pogoda się poprawiła. Wszyscy wokoło odpoczywają na świeżym powietrzu, piknikują, grillują. A ja? Ja w domowych łachach (bo nigdy nie wiadomo co i kiedy się zdarzy) pocieszam, przytulam, wycieram wymiociny i zapieram kupy. Przepraszam Was za wyrażenie, ale tak właśnie jest. Nie widzę lepszego, pięknego określenia na to co robię. Tak to moja majówka srajówka przelatuje między palcami. A takie miałam plany.... Z planami tak już właśnie jest. Dobrze, że M czuje się już odrobinę lepiej. A nasz żłobek... No cóż będzie musiał jeszcze tydzień poczekać.

wtorek, 24 grudnia 2013

Na Święta

Czy wyobrażaliście sobie kiedyś jak to jest spędzić święta z dala od rodziny i przyjaciół? W obcym dla siebie miejscu, wśród obcych ludzi? Ja nigdy nie myślałam jak to by mogło wyglądać, do czasu aż nie przyszło mi się z tym zmierzyć.
W tym roku, jak wiecie, przyszło nam spędzać święta samotnie (mi i małej M) z dala od naszej rodziny na oddziale chirurgii dziecięcej w Szpitalu Wojewódzkim w Zielonej Górze. I jak jest? No nie jest źle. Uwierzcie mi nie mam na co narzekać. Otrzymałam dzisiaj wiele ciepła, dobrych słów i zapewnień, że nie jestem sama. I nie czuję się samotna. Wręcz sama się dziwię, że nie jest mi w ogóle przykro i smutno. Czuję, że bliscy o mnie pamiętają, a ja pamiętam o nich. I niezależnie od tego, czy siedzimy obok siebie przy suto zastawionym stole, czy też każdy w innym miejscu.
Powiem nawet więcej, takie święta nabierają zupełnie innego charakteru. Bo przecież Boże Narodzenie to nie objadanie się pysznościami, to nie piękna zastawa na stole, nie strojna choinka i bogate prezenty pod nią. To symbol, przeżycie duchowe, czas refleksji i przekazania bliskim jak ważni są dla nas. Niezależnie od tego gdzie w tym momencie jesteśmy powinniśmy się cieszyć, że mamy o kim pamiętać, że ma kto pamiętać o nas. Nie jest to też czas nawału nieszczerych, mechanicznie wysyłanych życzeń. To czas kiedy ważniejsza od pięknych życzeń jest pamięć. Może każdy z nas powinien sobie czasem pozwolić na spędzenie świąt z dala od przepychu, w ciszy i cieple miłości bliskich. Nie mówię tu o spędzeniu świąt w pensjonacie w górach, z dala od cywilizacji. Gdzie zamiast stania przy garach osobiście zapłacimy za to żeby ktoś przy nich stanął za nas. Mówię o skromnym poczęstunku, nie przysłaniającym sensu rodzinnych świąt.
W cieple bliskich, niezależnie jak daleko od nich.
Przecież ten karp, lub sałatka śledziowa smakują dokładnie tak samo, niezależnie od tego w czym je podamy. Nie szalejmy z ilością i różnorodnością potraw, bo z roku na rok coraz trudniej jest wymyślić coś oryginalnego. świętowanie sprowadza się do siedzenia za stołem, bo gospodyni przecież ostatnie trzy dni i noce pracowała nad tym, żeby zapchać buzie najbliższych pysznościami. A jak z tą pełną buzią porozmawiać?
Tak mnie na refleksję naszło, w ciemnym szpitalnym pokoju. Bo przecież nieważne co nas otacza. Ważne kto, niezależnie od odłegłości.
Najdroźsi moi, bliscy i jeszcze bliźsi. Dziękuję Wam, że jesteście i swoim ciepłem wypełniliście to miejsce. żeby tylko w przyszłym roku żadnego z nas nie zabrakło.

poniedziałek, 23 grudnia 2013

Matka też człowiek

Dziś krótko. M czuje się dużo lepiej i cieszy mnie to bardzo. Dziękuję Wam za słowa wsparcia kiedy było ciężko. 
Jednak kiedy mija strach do głosu dochodzi zmęczenie. M jest coraz bardziej aktywna, a przez ostatni tydzień zdążyła przywyknąć do tego, że mama jest na każde zawołanie, więc mama musi być. Poza tym w czasie snu przeżywa wydarzenia z dnia, a ma co przeżywać. Bardzo krzyczy przy każdym podaniu antybiotyku, mimo, że dojście do żyły już założone. Dostaje te antybiotyki 4 razy na dobę w tym raz dostaje dwa różne w jednym czasie. W sumie są to dwie kroplówki, albo cztery ogromne strzykawki i trzy mniejsze. Jest tego sporo. Dodatkowo dochodzi zmiana opatrunku, która też powoduje histeryczny płacz. Mimo, że pewnie mniej boli niż kosztuje strachu i nerwów z powodu unieruchomienia. No więc jak się bidulka napłacze w ciągu dnia to później nawet jak już zaśnie budzi się co chwilę z płaczem.
No więc jak ta matka ma się umyć albo zjeść jak człowiek? No nie da rady. Do tego dochodzi problem z kroplówkami. Otóż wieczorem antybiotyk dostaje w kroplówce, a ta nie bardzo chce kapać. No i nawet jak uda mi się nóżkę ułożyć tak żeby w miarę kapało, to ona zaraz się zrywa z płaczem i moje ułożenie diabli biorą.
Jakby tego było mało obok na sali leży dziewczynka (tak roczna mniej więcej), która z upodobaniem płacze właśnie wtedy kiedy M zasypia.
Mam ja więc dość. Hałasu, świateł prosto w oczy (tutaj między salami są okna więc jak obok świecą światło to ja mam widno, no i zero prywatności, ale to inna bajka) i tego, że nawet wyjść do łazienki nie mogę.
Teraz znów walka z kroplówką, leci od 20 i dopiero pół zeszło. Jak tak dalej pójdzie to do północy się nie wyrobimy, a o północy kolejny antybiotyk. I znów będzie płacz przy podawaniu. Znów będzie się długo uspokajać i jak nic przed drugą matka w kierunku łóżka się uda. No, ale żeby nie było za różowo M zje o północy po podaniu antybiotyku więc o 3 znów będzie głodna (jak dobrze pójdzie i wytrzyma bo nie zawsze się udaje), no i trzeba będzie wstać. Jak już M się naje to obie pośpimy do szóstej. Choć od 4:30 M będzie marudzić więc po kilku wstawaniach do niej wezmę ją koło piątej do siebie. Zje o szóstej i już z powodu wszechobecnego oświetlenia nie zaśnie. I tak jest codziennie, z wyjątkiem jednej nocy, kiedy udało się ciągiem spać 4,5 godziny, ale to było w piątek, kiedy zmęczona była bo w ciągu dnia prawie nie spała, a to nacięcie rano robili.
No i do mnie dociera, że jestem już mocno tym zmęczona. Sytuacją, otoczeniem i zwyczajnie fizycznie niewyspana jestem. P dzisiaj był po pracy, ale o 19 się zmył, gdyż spać mu się chciało. Cholera jak to dobrze, że ja świeżo po wczasach wypoczęta jestem.
No i nachodzą mnie myśli, że ja to wyrodna matka jestem, bo żadna łaska przecież, że przy dziecku czuwam. A że ciężko jest. No jest bo widocznie musi. Tak sobie ponarzekam, choć nie powinnam się skarżyć, ale dalej będę ten zawód wykonywać. Zawód mamy. Tutaj nie ma urlopu, chorobowego, zastępstwa...
A miało być krótko. Do następnego. A Wam to pewnie ciężko bo w kuchni zasuwacie co? No to mnie ominęło na całej linii w tym roku :)

Chciałabym być jak owieczka Dolly

Nie udało mi się wczora, ale jest dziś.
O czym to może być? A no wiecie wszyscy z pewnością kim była owieczka Dolly. I nie chodzi mi tu o to, żebym w momencie urodzenia miała skończone już ileś lat (jak wiecie, albo nie wiecie Dolly miała skończone 6 lat kiedy się urodziła, zabrano jej dzieciństwo), ale o to, że gdybym miała swojego klona mogłabym zajmować się obiema córeczkami jednocześnie.
Starsza M jest wyrozumiała, w końcu ma już prawie 7 lat, ale nawet mi jest ciężko mimo że jestem dorosła i mam już dużo więcej lat od niej. Ona na pewno tęskni za mną i za małą M, za nami. Nie możemy się spotkać, zobaczyć, przytulić. P na pewno się stara, ale nie zastąpi jej mamy. Bo przecież mamy nie zastąpi nikt. Nie mam tu na myśli tylko siebie, że niby taką super niezastąpioną mamą jestem, ale wszystkie mamy i każdą z osobna. To jest instytucja jedyna w swoim rodzaju. Tak samo sprawa się ma w przypadku instytucji taty rzecz jasna. Jednak co tata to tata, szczególnie dla córki.
Szczególnie ciężko jest i będzie ze względu na zbliżający się czas. Powszechnie wiadomo, że niebawem święta. Czas to szczególny i spędzamy go z rodziną. No i tu pojawia się problem. Bo jak go spędzić razem skoro musimy być osobno?

Miało się   tutaj jeszcze pojawić zdjęcie owieczki Dolly, ale nie udało mi się go wstawić. Więc każdy ruszy wyobraźnią i już będzie.

No to ruszamy.... DOLLY

sobota, 21 grudnia 2013

Wyjaśnienia

Zaistniały wątpliwości  co do moich intencji. Otóż wyjaśniam:
  1. Do lekarza POZ, który przyjechał w sobotę specjalnie zobaczyć małą M i przepisał antybiotyk nie biorąc za to kasy, a jak przyszło o skierowanie na oddział to do prywatnego domu po robocie swojej, czyli w swoim wolnym czasie, kazał przyjechać
  2. Do pielęgniarek w POZ, które w trudnej (jak możemy teraz z perspektywy ocenić) sytuacji poradziły sobie świetnie
  3. Do lekarki na Izbie Przyjęć (pierwsza wizyta w sobotę), która była jak już pisałam spokojna i rzeczowa
  4. Do lekarki na Izbie Przyjęć we wtorek, która jak już pisałam była bardzo miła, o wszystko zapytała i poinformowała co planuje
  5. Do części pielęgniarek, które pytały jak się czuje mała i nie zapominały o paracetamolu i pomiarach temperatury (takich pielęgniarek niestety wiele nie było)
  6. No i do lekarzy na oddziale dziecięcym, którzy interesowali się nami i informowali nas o wszystkim oraz całego personelu oddziału chirurgii dziecięcej 
NIE MAM ZASTRZEżEń. Część zastreżeń dotyczy funkcjonowania oddziału a nie przcujących w nim ludzi, a część wybranych osób (głównie pielęgniarek), u których brak dobrej woli, albo wypalenie zawodowe i znieczulica.

To tyle w kwestii wyjaśnień. 

Malutka walczy z kroplówką, albo kroplówka z nią. Zmienili wenflon, a tu za bardzo porawy nie ma. Od 19:45 nie zeszło 100ml. Zaczynam podejrzewać, że albo to nie wina wenflonu i niepotrzebnie kłuły (chociaż w sumie łapka była obrzęknięta), albo jutro znowu czeka nas kłucie bo ten wenflon który jest też niestety jest niewydolny. 

Krótka historia pewnej dziewczynki cz 3

Na czym to ja skończyłam? A no na badaniach ze środy. Otóż, ten tomograf planowany był na czwartek rano. Jak wiadomo podczas badania pacjent ruszać się nie może. Jak przekonać do tego półroczne dziecko? A i na to sposób jest. Kazali obudzić małą M w dniu badania o 6 rano i do samego badania nie pozwolić zasnąć. Przed badaniem jeszcze luminal i będzie spała. Pomysł pewnie dobry, ale nie dla niej. Po ciężkiej nocy, kiedy gorączka i ból nie pozwalały spać, ciężko już było ją dobudzić rano, a co dopiero wytrzymać trzy godziny. No i wytrzymała do 7:15 i zasnęła bez smoczka w trakcie kiedy ją rozbierałam do mycia. Zwyczajnie nie dała już rady. A jeszcze co się biedna napłakała ze zmęczenia wcześniej. No to stweirdziłam, że jeszcze jest tyle czasu, że dam jej pospać z pół godzinki, żeby już do samego badania wytrzymała. No i dałam spać, ale jak obudziłam nie była bardziej wyspana niż przed zaśnięciem więc udało mi się trochę przyspieszyć badanie.
Zeszłyśmy na dół, ale ona budziła się z płaczem jak tylko ktoś ją ruszył, więc ułożenie jej do badania już stanowiło problem. Zostałam wyproszona na zewnątrz pod pretekstem, że jestem młoda i jeszcze mogę mieć dzieci no i czekaliśmy (bo P przyszedł w między czasie).  Po badaniach okazało się, że radiolog trochę poszerzyła zakres i jeszcze się przyjrzała tym węzłom w szyi. Odesłali nas na salę, przy czym po drodze bardzo niemiła pielęgniarka zabiegowa wygnała P, więc zostałyśmy same. Maleńka wymęczona spała, choć co jakiś czas płakała przez sen. Ostatni paracetamol na gorączkę dostała jak wstała czyli o 6, więc jak nie będzie wysokiej gorączki to wcześniej jak o 10 nie dostanie kolejnego (o Paracetamol też stoczyłam bój z pielęgniarkami, aż o lekarza musiało się obić, ale to kiedy indziej).
Po dziesiątej przyszła Pani ordynator z pytaniem czy znam wszystkie wyniki badań. No znam coś zdawkowo do mnie dociera, ale czy wszystkie? No to zaprosiła do siebie. Akurat P się w ten dzień wybierał do Pani, bo z nim będzie konkretniej rozmawiać, no ale jak zapasza to idę.
Pani ordynator (czy tam kierownik się to chyba teraz nazywa) po kolei omówiła każdy wynik badań przeprowadzonych przez nich, nawet z podaniem norm, żebym wiedziała jak bardzo odbiega wartość i z uzasadnieniem po co to robili i co oznacza dana anomalia. Wreszcie dowiedziałam się co podejrzewali zakażenie gruźlicą, gronkowcem, cytomegalia, białaczka, chłoniak. Wiele tego, co jedno to gorsze i żadnego nie można wykluczyć po wynikach. Pani jednak skłania się ku zakażeniu, ale czym to nie wiadomo, tym bardziej skąd. Nawet się dowiedziałam co planują robić. Otóż Pani zadzwoni na oddział chorób zakaźnych celem konsultacji cytomegalii, ale to jak będzie opis tomografu, żeby miała pełen obraz. Oczywiście oddział we Wrocławiu bo w Zielonej Górze nas nie przyjmą bo mała za malutka. Tymczasem trzeba nas izolować bo zaraz cały oddział będzie miał cytomegalię, więc jest szansa na izolatkę, a co za tym idzie ja mam szansę na własne duże łóżko, a M na spokój. Pokój jest rzecz jasna płatny bo to w końcu jedynka, ale za to z wyżywieniem dla mnie.
Na koniec Pani nie omieszkała mnie dodatkowo przestraszyć, jakbym już teraz była spokojna i zrelaksowana. Otóż zakończyła rozmowę słowami "Sytuacja jest bardzo poważna". Chyba jej się wydawało, że skoro nie chodzę i nie płaczę po kątach to nie zdaję sobie z tego sprawy. A wcale tak nie było, mi zwyczajnie udawało się odgonić te czarne myśli, ukryć je gdzieś głęboko i mieć siły i klej, co by się nie rozkleić dla M, przecież ona mnie potrzebuje spokojnej, cierpliwej i dającej mleko, które też jest niezbędne dla jej życia w tym momencie.
P po przyjściu idzie jednak do Pani, żeby wypytać o szczegóły. Słyszy mniej więcej to samo co ja. Jestem zmęczona, zdenerwowana i przerażona. Przecież na tym łóżku obok mnie leży mój największy skarb. Leży i cierpi, a ja nie mogę jej pomóc. A cierpi bo nikt nie dał jej tego cholernego paracetamolu mimo, że po mojej interwencji lekarka wpisała w kartę, że ma go dostawać co 6 godzin niezależnie od temperatury. Jak wróciłam z rozmowy z Panią ordynator to była 11, czyli minęło 7 godzin. Malutka gorąca i płacząca przez sen. Jak poszłam do pielęgniarki to stwierdziła, że właśnie miała przyjść, ale jak już jestem to da mi ten lek. A to paracetamol w syropie. Hmm...??? Przecież wpisane są czopki, bo nie muszę małej budzić żeby podać. No to pani mi da czopek jak chcę. Nieważne co w zaleceniach, ale skoro chcę to dostanę. Ja mam podać lek, a pani zaraz przyjdzie zmierzyć temperaturę. No i przyszła po 10 minutach a tam 39,2. Jak ma nie płakać z taką temperaturą. No nie przelewki to są, pielęgniarka pyta czy na pewno dałam czopek. No cóż dałam, ale jaką pani ma gwarancję, że to zrobiłam? No świadomie nie zaszkodzę dziecku, ale może źle go podałam? Dlatego powinna to zrobić ona. Tak czy siak malutka cierpi bo gorączka nie spada za bardzo, bo pułap wysoki, więc musi to potrwać, a ja rozmawiam z P o tym co ustalił z lekarką. Trzymam się do zczasu, aż nie pada stwierdzenie, że antybiotyki chyba nie skutkują, a jej organizm mały i wymęczona może wreszcie przestać walczyć. No i mam dość. Przecież to oznacza... sami wiecie o czym wtedy pomyślałam. To co chowałam głęboko, bo jak nie powiesz czegoś głośno to tego nie ma, teraz ujrzało światło dzienne. Nie mam siły, płyną łzy. Nawet teraz jak to piszę, mimo, że minęło trochę czasu i emocje spowrotem na wodzy, łzy płyną strumieniami.
Nie mam siły, a taka nie jestem potrzebna małej. Zostawiam P i jadę do domu, żeby w cywilizacji wziąć prysznic. Jak tylko wchodzę do domu zaczynam szlochać, jestem sama, mogę sobie pozwolić na słabość. Pod prysznicem stoję bez ruchu i głośno płaczę. Potrzebuję wyrzucić to wszystko z siebie żeby znów zrobić miejsce na pozytywne emocje. Dobrze, że na dworze chłodno to spuchnięte i czerwone oczy owiewa zimny wiatr. Niczego już po mnie nie widać, a przynajmniej nie tak bardzo.
Kiedy wracam na oddział przychodzi wiadomośç, że zwolnił się dla nas pokój. Chociaż tyle dobrych wieści. Przenosimy się do jedynki z łóżkiem długim na 2 metry. Chciaż spokoju M trochę zazna, w tamtym budziła się co chwilę z płaczem kiedy tylko któreś z pozostałych trojga dzieci zaczynało płakać.
Jak tylko się rozpakowaliśmy w nowym pokoju przychodzą wieści, że zakaźnicy w tym stanie nie chcą małej, to nie przypadek dla nich, więc ordynatorka postanawia wysłać nas do Zielonej Góry na oddział chirurgii dziecięcej, żeby chirurg zajął się ropniem. Nie każą małej karmić bo twierdzą, że w zielonej są uprzedzeni i będą ciąć zaraz po przyjeździe. Jest nowa nadzieja, coś zrobią, pomogą. Jeszcze ponad dwie godziny spakowani czekamy na transport bo nie ma ratownika, który z nami pojedzie, a lekarz nas bez niego nie puści (a mała głodna), ale w końcu się udaje.
Po kilku perypetiach zostajemy przyjęci do Zielonej Góry, ale okazuje się, że ropnia nie będą ciąć bo on jeszce nie w tym stadium. Trzeba czekać. Pani podejmuje decyzję, że hemoglobina jest tak niska, iż wezmą krew na grupę i krzyżówkę bo będziemy przetaczać. Na resztę decyzji czekamy do następnego dnia (czyli piątku).
W nocy z czwartku na piątek mała znów ma wysoką gorączkę, więc lekarka podemuje decyzję (jeszcze w nocy), że z rana będzie trzeba chociaż nakłuć ten ropień żeby zdobyć materiał na posiew i może lepiej antybiotyk dobrać bo to za długo trwa.
Rano znowu badanie i konsultacja z innym lekarzem, który potwierdza, że to jeszcze długo potrwa zanim to będzie się nadawało do cięcia, ale będą kłuć. Niedługo potem przychodzi pani doktor i zabiera mi małą. Nie mogę iść, ale słyszę jak płacze. Serce pęka, wiem, że nie krzywdzą jej bez przyczyny, ale jestem mamą i moim zadaniem jest ją chronić. Pół godziny póniej ta sama lekarka odniosła ją płaczącą z zaklejoną szyją i informacją, że przez godzinę nie może jeść i że nacięli jednak ten ropień i zeszło dużo ropy. Ulga, nie będzie jej tak bolało. Nie miałam już okazji zapytać dlaczego zdecydowali się jednak ciąć. Mała przez godzinę płacząca bo głodna, ale jak tylko pozwalam się najeść zasypia na niecałą godzinkę i budzi się wypoczęta i ruchliwa. Znaczy to, że nie boli. Nie płacze też przy każdym dotyku, więc jest lepiej. Po południu dostaje krew i noc mija spokojnie.
Dzisiaj jest bardziej marudna i płaczliwa (znów płacze przez sen), ale może ja już przewrażliwiona jestem, a to tylko zły nastrój na gorszą pogodę. Każdy miewa czasem gorsze dni.
Jeszcze zapomniałam napisać, że mam tu zupełnie za darmo swoje własne duże łóżko, a ponieważ obłożenia przed świętami nie ma to jesteśmy same na sali. Oddział spokojniejszy od nowosolskiego, ale to inny oddział. Tutaj nie ma takich maluszków, a starsze dzieci nie krzyczą i nie płaczą. Poza tym tutaj dzieci nie mają prawa płakać. Jak tylko malutka trochę wiecej płacze to zaraz przychodzi lekarz albo pielęgniarka i pyta co się dzieje. Faktycznie Izulka, jeśli oddział szpitalny może  być w ogóle fajny to ten właśnie jest.
No pospała trochę i dała pisać. Jesteśmy na bieżąco. To dobrze bo nie wiem czy jutro komputera nie oddam i znowu zaległości będą.
Mam nadzieję, że wychodzimy na prostą, choć niewiadomych jeszcze dużo. A no właśnie przypomniało mi się. Zostałyśmy skonsultowane z zakaźnikami z tut. szpitala i stwierdzili, że cytomegalia wykryta przy okazji i nie mająca związku, no i nie wymagająca leczenia. Poza tym samo to, że w powiększonym węźle potwierdziła się obecność ropy raczej wyklucza rozrost czyli nowotwór. A zmiany skórne, które lekarz POZ wziął za uczulenie, którym wcale nie są wynikają najpewniej z infekcji wirusowej, która nie musi mieć związku z ropniem. Trochę dużo tych niezwiązanych infekcji. Pediatra wypisując nas z oddziału z nowej soli powiedział, że jak wszystko się wyleczy to trzeba się bacznie odporności przyjrzeć. Zrobimy tak, ale niech się skończy jedno. A chirurg dzisiaj powiedział, że teraz czekamy czy to co nacięli się zagoi i wtedy będzie wiadomo, że przyczyna też zlikwidowana, czy też niestety będzie się zbierać na nowo i wtedy trzeba będzie szukać skąd to. Sprawa nie jest jeszcze zamknięta i w pełni wyjaśniona. No i powiedział jeszcze, że to może potrwać, ale co dokładnie miał na myśli?? Tydzien, miesiąc...? Któż to wie.

Krótka historia pewnej dziewczynki cz 2

Maleńka znów śpi, więc mogę trochę popisać. Trochę mnie martwi, że tak śpi, ale może przewrażliwiona jestm.
Wracając do wydarzeń z wtorku. Wrażenie jakie zrobił na mnie oddział dziecięcy w nowej soli pozostanie na długo w pamięci. W salach stosunkowo czysto (choć podgrzewacz do butelek, z którego miałyśmy korzystać był wewnątrz zapleśniały, a nic swojego mieć nie było wolno), ale toalety cuchnące na odległość. Pomijam brak zamków, bo to oddział dziecięcy, może faktycznie lepiej żeby dzieci nie miały możliwości się zamykać wewnątrz, ale wszechobecny smród, brak środków czystości, a nawet brak luster. Łazienka za to wyposażona tylko w wannę, bo po co prysznic, która stała na samym środku, przed samymi drzwiami. Wystarczyło, że ktoś tylko zajrzał czy jest wolne i już miał przed sobą kąpiącego się delikwenta w całej okazałości. A wbrew pozorom na oddziale dziecięcym z dziećmi przebywają też na stałe tatusiowie, a nie tylko mamusie.
Tak przetrwałyśmy w hałasie, płaczu i brudzie do czwartku. Noce nie były spokojne, bo pomijając otoczenie M miała wysoką gorączkę i ból nie dawał jej spać. Płakała więc śpiąc ispała płacząc. Z bólu nie pozwalała się nawet dotknąć, przewinąć, nakarmić. W środę zrobiona nam RTG płuc i USG ślinianki. Przy tej okazji okazało się, że nasza ślinianka nie jest wcale ślinianką. Opuchlizna dotyczyła węzła chłonnego, który był w stanie rozpadu. Coś spowodowało jego infekcję ropną lub jest to przerost, czyli nowotwór. Natomiast RTG klatki piersiowej ujawniło brak zapalenia płuc, o które byłyśmy podejrzewane oraz zmianę w klatce piersiowej, która może być kolejnym powiększonym węzłem chłonnym. No to już bardzo poważna sprawa.
W związku z tym, że RTG nie było jednoznaczne zalecono TK klatki piersiowej, żeby wyjaśnić czym jest ta zmiana, albo potwierdzić błąd na zdjęciu i brak jakichkolwek zmian. Dodatkowo przyszła na konsultację pani chirurg dziecięca i zlecono ponowną morfologię oraz czynnik krzepnięcia.
To tyle na teraz bo wstała.
C.D.N.

piątek, 20 grudnia 2013

Krótka historia pewnej dziewczynki

Póki maleńka śpi postaram się w skrócie opowiedzieć Wam co się wydarzyło. Otóż, jak już pisałam wcześniej, malutka M przeziębiona była, ale z tego zrobiło się nie lada choróbsko. Ta powiększona ślinianka, jak to zawyrokowała Pani na Izbie Przyjęć, nie schodziła, temperatura rosła.Wyniki odebraliśmy we wtorek i zaraz P zadzwonił do lekarza POZ czy już je widział. Otóż nie, mimo, że zapewniał nas, że trafiają w pierwszej kolejności na jego biurko. No to w skrócie przez telefon P podał wartości. No i lekarz postanowił, że nie ma co czekać do środy trzeba na oddział. Więc ja za pakowanie, a P do domu lekarza po skierowanie (podał swój adres domowy bo już go w poradni nie było). Po drodze jeszcze większa M do babci, a my kierunek szpital.
Przyjmowała nas młoda Pani lekarz, bardzo miła, wypytała o wszystko, powiedziała jakie leczenie teraz planuje i jakie badania zleca. No więc idziemy już na oddział do Pań pielęgniarek, żeby swoje dokumenty powypełniały i zrobiły co trzeba. One też miały mnóstwo pytań i dokumentów do wypełnienia, ale po ponad godzinie od przyjazdu byliśmy blisko końca.
Nadszedł zcas na założenie wenflonu. W trakcie wypełniania dokumentacji pielęgniarki dziwiły się dlaczego w POZ krew do badań pobierana była z palca. No to tłumaczymy, że nie można było znaleźć żyły. Też coś - dziwiły się jedna przez drugą. No to do zakładania, a tu problem. Jedno kłucie, drugie, kolejne. Jakie ma krótkie i pękające żyłki zaczęły pomstować. A było negować jak poradziły sobie w POZ? Przecież zaoszczędziły dziecku tego co one właśnie robią tutaj.
No mała już krzyczała z całych sił, czerwona spocona i przerażona. Panie więc wymyśliły że dadzą jej odpoczącząć (o dzięki nareszcie konstruktywny pomsł) i wrócimy do tematu jak się chwilkę zdrzemnie.
Dostałyśmy salę (dwoje dzieci i my trzecie, ale miejsc cztery) i łóżko, a w zasadzie trochę większe łóżeczko dziecięce. No i dla nas obu bo przecież jak się zapytałam gdzie ja mam spać to Pani powiedziała że pacjentem jest dziecko i jako takie ma gdzie spać. A mama ma szczęście, że to jest większe łeczko bo te mniejsze to nie ma szans żeby się zmieścić.
No więc trudno, było nie rośnąć do 175cm tylko na 145 się zatrzymać. Teraz nogi między szczebelkami łóżeczka trzeba będzie wykładać.
Za 20 minut pojawiły się nowe pielęgniarki, żeby dokończyć zakładanie dojścia do żyły. No i wyjaśniło się skąd pomysł żeby dziecko odpoczęło. Otóż w tak zwanym międzyczasie nastąpiła zmiana i tamte pozbyły się problemu. Nowe przystąpiły do ponownego znęcania się nad dzieckiem, które do tego, że przerażone i zmęczone było już teraz nieźle głodne. I tak za chyba szóstym razem udało się. Uff, jaka ulga.
Wróciłyśmy na salę i nakarmiłam małą, a ta z tego szczęścia, że jeść dostała nawet nie czuła już, że jest zmęczona.
A mama poznała kolejne uroki oddziału dziecięcego. Otóż krzyk, płacz i wszechobecny hałas do godziny 22 albo i dłużej. Nawet ja spać nie mogła, a co dopiero mała. Jakby tego było mało łazienka i toalety, o których pisać by można długo, ale to nie tym razem bo muszę już kończyć.
C.D.N.